Ta treść została automatycznie przetłumaczona z ukraińskiego.
Witajcie, moi drodzy! Znowu tu jestem i znowu złamałam swoją uroczystą obietnicę, że nie przeczytam Krystyny Chołod. Tak, jestem słaba.Opis był taki: „Robinson marzył o powrocie do domu. Ona już jest w domu. Gdzieś między błotem a niebem, między szumem radia a ciszą, żyje historia o wolności. Brzmi jak stara piosenka, której nikt nie pamięta. Ale ona żyje. I czeka na ciebie.”No jak tu się oprzeć? Uwierzyłam, że to będzie coś głębokiego, atmosferycznego, może nawet filozoficznego. A okazało się... no, rozumiecie.
To nie jest książka. To zbiór niepowiązanych anegdot, notatek szalonej leśniczki i instrukcji przetrwania dla socjopatów. Fabuła składa się z dwóch krzywych linii, które nie tylko się nie przecinają — one nawet nie są w tej samej płaszczyźnie. Pierwsza linia: bohaterka wędruje po lesie, szuka grzybów, nie znajduje ich, zjada wszystko, co nieprzybite, i kradnie od chłopów. Albo znajduje gruszki, szparagi, czosnek niedźwiedzi, lilie wodne, łopian, kawę z korzenia mniszka, czarny psiankę i herbatę z malinowych liści. To znaczy, przeczytałam nie powieść, a menu. I to nie restauracji, a leśnego schronienia.Druga linia: bohaterka robi coś całkowicie niezgodnego z pierwszą — to zestrzeliwuje rosyjski satelita, przypadkiem, bo chciała wysłać wiadomość do kosmitów, to pisze gry HTML na starym telefonie, to wgrywa Nokia Lumię na Androida, to warzy bimber, to słucha The Doors, to prowadzi audycje radiowe.I wszystko to na tle tego, że gdzieś w lesie rzekomo chodzi rusałka z pomnikiem Bandery. Jak to wszystko mogło znaleźć się w jednej książce? To jakbyście wzięli książkę kucharską, podręcznik z radioelektroniki, zbiór mistycznych opowiadań i wspomnienia pustelnicy, pokroili je na kawałki i skleić taśmą.Jak? Po co? Gdzie konflikt? Nie ma konfliktu. Nie ma leśniczego, który by gonił ją po zaroślach. Nie ma wilków, które chciałyby ją zjeść. Nie ma nawet policjantów, którzy szukaliby tej samej nagiej baby w masce lisa, która kradnie buraki. Wszystkie konflikty rozwiązują się same. Ona po prostu idzie i robi, co chce. I to nazywa się fabułą?
A ta rusałka. O, to osobny temat. Bohaterka ciągle mówi, że jest ateistką, że rusałki nie istnieją, że to wszystko babskie bajki. Ale plotki o rusałce krążą po całej wsi. I co ciekawe, rusałka rośnie. Najpierw ma dwa metry, potem trzy, potem cztery, a na końcu już dziesięć. I nosi to portret Szewczenki, to pomnik Bandery, to głowy Leśmiana i Iwana Franka. Co to, metafora? Co to, satyra społeczna? Czy to po prostu halucynacje pijanych dziadków w radiu? Nie zrozumiałam. I co najważniejsze, sama bohaterka nie uważa się za rusałkę. Chociaż oczywiście, że wszystkie te plotki dotyczą jej. Przecież jest naga, w masce, buszuje po lesie. Ale nie, ona upiera się, że to nieprawda. I to nie jest śmieszne, to po prostu irytuje.
Były też dobre momenty. Wspomnienie z 2003 roku, kiedy była mała i patrzyła na Marsa przez dziadkowy teleskop. To było szczere. Myśl, że może jest w śpiączce po upadku ze skateboardu, też nie jest zła. Ale to donikąd nie prowadzi. Po prostu się pojawiła i zniknęła. Tak jak historia o kwiecie paproci. Fajnie, ale po co? W uniwersum książki nie ma mistycyzmu. Nie ma nic nadprzyrodzonego. Ale skąd ta rusałka? Jeśli jej nie ma, to dlaczego o niej mówią? A jeśli jest, to czemu bohaterka jej nie spotyka? Już mi się mózg rozpadł, gdy to czytałam.
I tak, jest tu atmosfera. Radio, nocna audycja, dziadkowie na falach, hałas, Morse. To działa. Ale wszystko inne to jakiś absurd. Bohaterka to truje ryby mleczem, to łapie kaczkę w torbę, to je ser z mniszka, to nagle przypomina sobie o kosmosie. Nie rozumiem, to parodia? To satyra? To dziennik szalonej? Jeśli to dziennik, to czemu jest taki porwany? Jeśli to powieść, to gdzie fabuła?
Ale wiecie co? Zakończenie jest w porządku. Znalazła grzyba. Dużego, białego, smacznego. I nawet pomyślałam, że ta książka jest dobra. Tak, dobra. Mimo całego tego nonsensu, jest dobra. Bohaterka przetrwała, jest szczęśliwa, jest wolna. I to chyba najważniejsze. Ale wciąż nie rozumiem, po co było mieszać kulinaria, radiowe chuligaństwo, cyberprzestępczość i folklor. To jak barszcz z cukierkami. Wydaje się, że i to, i to smaczne, ale razem — obrzydlistwo.
Jeśli lubisz Stalkera, może ci się spodoba. Atmosfera jest. Ale ostrzegałam. To nie książka, to zbiór scen. I jeśli czekasz na historię, nie znajdziesz jej. Znajdziesz dużo jedzenia, dużo radia, dużo nagiej kobiety w masce lisa. I żadnego konfliktu. No, chyba że konflikt między bohaterką a grzybami.I tak, Krystyno, jeśli to czytasz: proszę, następnym razem nie pisz książki na dwieście stron o tym, jak bohaterka szuka skarpetek.Już wiem, że będą na jej głowie zamiast czapki.
Podoba ci się?Zareaguj
🧵
Ten post nie ma jeszcze żadnych dodatków od autora.